Wzdrygasz sie, gdy niesione lodowatym wiatrem igielki lodu
uderzaja cie w twarz. Ciemnosc otacza cie niczym calun,
w ktorym nie widzisz nic, oprocz jasnego, niebieskiego 
swiatelka daleko przed soba.

Z poczuciem nieuchronnosci swojego losu walczysz z zimnem
podczas gdy swiatelko zbliza sie do ciebie, rosnac
powoli do postaci krasnoluda zakutego w czarna zbroje.
Wokol jego rozwianego plaszcza igraja malenkie,
blekitne blyskawice.

"Pojdz ze mna." Czujesz, ze nie mozesz sie oprzec
temu rozkazowi. Swiat wiruje...

Prawie sie wywracasz, czujac pod nogami twarda, kamienna
posadzke. Przed toba stoja olbrzymie kamienne drzwi, 
bogato zdobione krasnoludzkimi relifami.

"Gdzie ja jestem?" Pytasz sie, choc znasz juz odpowiedz.

"Stoisz przed komnata przodkow..." Odpowiada zjawa. 
"Otworz drzwi, jesli jestes godzien zasiasc do wiecznej
biesiady z legendami twojego rodu." Zjawa powoli wyciaga
dlon, zakuta w czarna pancerna rekawice i na drzwiach
pojawia sie szeroki, mosiezny pierscien.


Wydaje ci sie, ze zza drzwi dobiega cie gwar rozmow
rubasznych smiechow, i ... dalbys brode, ze ktos
spiewa glebokim basem, wtorujac sobie uderzeniami kufla
o stol.

Wyciagasz reke... i zamierasz. Twoje palce juz prawie...
prawie dotykaja mosieznego pierscienia. Czujesz, jakbys mogl go 
dotknac, gdybys tylko sie naprawde postaral... 

Opuszczasz reke.

Twoje mysli wedruja ku wspomnieniom o twoim Dziadku...
Bohaterskich czynach Pradziadka... Poswieceniu Ojca.

Zaciskasz piesci, opierajac sie czolem o chlodna powierzchnie
kamiennych drzwi.

Mysl, ze gdzies tam, przy stolach, czekaja na ciebie twoi przedkowie,
pali cie zywym ogniem. Co im opowiesz? Czy mozesz zrobic cos
innego niz rozczarowac ich? Przez wiecznosc obarczyc ich wiedza
ze ich potomek nie dorosl slawa i mestwem swoim przodkom?

Z calej sily uderzasz piescia w kamienne drzwi, wyladowujac swoja
wscieklosc i upokorzenie. Obracasz sie, patrzac sie prosto
w ogniki oczu zjawy.

"Wracam" Stwierdzasz z determinacja, jakby wyzywajac 
zjawe, by sprobowala ci zaprzeczyc, powstrzymac cie...

Zjawa patrzy sie na ciebie z kamienna obojetnosci,
choc plomyki jej oczu migocza tajemniczo.

Z rozbitych kostek twojej dloni skapuje krew.

Odwracasz sie, i ruszasz przed siebie, wzdluz ginacego w szarej
mgle korytarza.

Za toba slyszysz ciche "Blogoslawienstwo krasnali z toba, Bracie..."
Patrzysz.. .ale zjawy juz nie ma, a drzwi powoli nikna we mgle...

Mgla staje sie coraz ciemniejsza.. ciezsza.. Nic nie widzisz.


